sponsorzy podróży, więcej o sponsorach

Fotoreportaże z podróży

wróć do listy fotoreportaży

Szwecja. Vallentuna

18.04.2010, Zagranica

Do Vallentuny się wjeżdża koleją wąskotorową. Nie wiem z jakiego powodu, ale nie zmieniono jej tu od ponad 100 lat (kolej powstała w mieście w roku 1885). To znaczy, tory są wyremontowane i nowoczesne, ale dlaczego nadal są wąskie?

Po przyjeździe odkryłem dla siebie telefon z «pomocą transportową». Chociaż tramwajo-pociągiem wyjechać stamtąd można tylko w jednym z dwóch kierunków: w lewo (Stockholm) lub prawo (Kårsta). Dla zachowania sprawiedliwości jednak dodam, że jest jeszcze 16 linii autobusowych.

Z nowości wartych wymienienia dodam jeszcze nowy znak drogowy w moim leksykonie samochodowym — plaża.

Po za tym Vallentuna — to piękna sielanka. W niedalekiej przeszłości była to bardzo rolnicza miejscowość. A teraz, według określenia moich znajomych Szwedów, mieszkają tam sami wielbiciele jazdy konnej.

Chociaż historycznie miasto ma wielkie znaczenie. Pierwsze ślady ludzi przypisywane są jeszcze okresowi kamienia łupanego. Bardzo ciekawy fakt: najstarszy znany zachowany szwedzki manuskrypt pochodzi właśnie z kościoła w Vallentunie. Jest to kalendarz datowany w 1198 roku. Jeszcze jeden ciekawy fakt (nie potwierdzony): iż król Gustav Vasa — założyciel szwedzkiej monarchii — urodził się 3 kilometry od dzisiejszego centrum miasta w zamku Vasakullen (niestety, zachowały się tylko jego ruiny).

Na zdjęciach widać kościół z XII wieku. Właśnie w nim stworzono znany manuskrypt «Kalendarz z Vallentuny».

W środku oczywiście było wiele remontów i zmian. Na co od razu zwróciłem uwagę po wejściu — jest on łudząco podobny do kościoła z 1736 roku w Stradunach obok Ełku (patrz fotoreportaż Ełk—Straduny, czerwiec 2009).

Kolejna, zarówno nietypowa jak i niezwykłe skuteczna, rzecz w kościołach — kącik z zabawkami dla dzieci. Często widuje się jak wielkie problemy mają rodzice ze swoimi pociechami podczas mszy świętej. A tu proszę bardzo, rozwiązanie jak na dłoni.

Obok kościoła ustawiono kilka kamieni runicznych. Znaleziono je w pobliskiej okolicy. Napis na tym głosi: «Jarlabanke założył ów kamień przez siebie gdyż przeżył. Był on właścicielem wszystkich Täby». Co ciekawe, kamień ma co najmniej 1000 lat. Nie było jeszcze wtedy chrześcijaństwa na tych ziemiach. Ale krzyż już jest.

Tuż obok znajduje się przepiękne i spokojne jezioro Vallentunasjön. Doskonałe się nadaje do wolnego spacerku lub jazdy na rowerze.

A w tym momencie przedstawiam Państwu Nela. Poznałem go na brzegu jeziora. Jest to chłopak, który pracuje na co dzień w sklepie z second hand, a w wolnym czasie zbiera puszki w całej okolicy. Z dumą oznajmił mi, że puszkami dorabia sobie 300–500 koron tygodniowo (30–50€).

Dalsze fakty oraz historie usłyszałem od niego podczas ponad godzinnej podróży przez miasto. Jeszcze tylko kilka słów o jego osobie.

Nel urodził się i całe życie spędził w Vallentunie. Jedynie wyjeżdżał na jakiś czas na wyspy Åland (patrz fotoreportaż). Mówi po angielsku czysto i nieskazitelnie. Na moje pytanie jak mógł tak dobrze go się nauczyć, odparł: «A który język według ciebie jest najlżejszy do nauki? Oczywiście, że angielski!» — co mogłem odpowiedzieć?

Od razu na wstępie powiedział, że nie lubi lokalnych mieszkańców: są zbyt leniwi, egoistyczni i nie dbają o ekologię (!?) A władzę miasteczka tylko myślą o budowie nowych dróg i domów, nie troszcząc się o środowisko (!?) I że wszyscy bardzo dziwnie reagują na to, że on sobie spokojnie jeździ i zbiera puszki (!?)

Nel wyznał mi również, że chciał kiedyś zostać komediantem. Ale dowiedział się, że jest tak wielu chętnych, że zrezygnował z pomysłu. I teraz bardzo sobie ceni samotność i możliwość przemyśleń podczas zbierania puszek. Mieszka z mamą i braćmi.

W tym miejscu kiedyś stał wiatrak. Ale niestety 2 lata temu spalił się (Nel sądzi, że przez ćpunów i pijaków). Został tylko kamień młyński.

Nel opowiedział mi również ciekawą historię z czasów II wojny światowej. Pewien Polak, pilot samolotu wyleciał na zadanie bojowe i zabłądził. Jakimś sposobem dociągnął samolot do ziemi i, nie mogąc wylądować, spadł. Okazało się, że było to niedaleko Vallentuny. Miejscowi go wyciągnęli i pilot przeżył. Ale początkowo stanowczo wierzył w to, że jest na niebie. Gdyż trafił wprost z wojny w miarę dostatni, w miarę beztroski kraj. Gdzie jedzenia nie brakuję, nikogo nie wsadzają do więzienia itd. Ale co stało się z nim potem, Nel nie wiedział.

Z tą piękną opowieścią doszliśmy do kilku starych budynków. To jest stare kino, na przykład. Budynek ów chyba w każdym kraju wygląda tak samo.

A to budynek, w którym naprawiano pociągi. Proszę zwrócić uwagę na to jaki on jest mały, a to znaczy — jakie małe były pociągi.

A w tym budynku, gdzie teraz mieści się gimnazjum, w czasie wojny była fabryka, produkująca amunicję. Skoro Szwedzi byli neutralnym państwem, łatwo domyślić się, że owa amunicja była sprzedawana innym walczącym krajom.

W tym miejscu rozstałem się z Nelem. I postanowiłem już wracać do Stockholmu. Według mnie, Vallentuna jest pięknym, małym, czystym, cichym, może faktycznie z lekka rolniczym miasteczkiem. Takim małym sanatorium. W mojej skali wartości małych miast szwedzkich umieszczam go na jednym poziomie z Vaxholmem tuż za Dalarö.

Skomentuj fotoreportaż

Imię
Komentarz
  Kontrola człowieczeństwa
Ile wyniesie: dwa plus jeden? (wpisz liczbę)
 
 
9 Gabi | 2013-02-04 00:16
z przyjemnością się czytało ! podróż wirtualna ;)
8 Jagna | 2012-01-27 13:36
Spoko reportaż. Mieszkam w Vallentunie i fajnie było dowiedzieć się kilku ciekawostek. Zdjęcia nie powalają ale nie jest źle, czasem jednak zrób małą korektę tekstu, będzie się lepiej czytać :) Pozdrowienia i czekam na następne reportaże.
7 AC | 2010-05-04 10:30
@JB
Dzięki za inspirację na temat krzyża celtyckiego. Poczytałem trochę Wikipedię, polecam również: http://pl.wikipedia.org/wiki/Odyn oraz http://pl.wikipedia.org/wiki/Krzyż — niezwykłe interesująca lektura.
6 JB | 2010-05-02 00:34
Najlepsze jest to w podrozach ze maja one to do siebie, ze mimo ze planujemy droge to nigdy nie mozemy zaplanowac osoby ktore spotkamy na naszej drodze. Osoba Nela jest jednym z tego przykladem. Ciekawe poglady na pewne rzeczy (srodowiskowe, i jezykowe przynajmniej), to swiadczy tylko o barwnej kolorowej mozaice tego kraju. Pytanie zasadnicze czy ten krzyz nie przypomina ci moze krzyz ale CELTYCKI?! W koncu celtowie mieszkali na terenach europy srodkowej, i jakby nie patrzec mieli rozwiniete kontakty handlowe, wiec moze to byl jeden z «rezydentow» ciekawie to opisuje Wikipedia http://pl.wikipedia.org/wiki/Krzyż_celtycki
a zwlaszcza «W północno-zachodniej Europie czasów pogańskich stał się atrybutem nordyckiego boga Odyna, inaczej Wodana. Kształt tego symbolu przejęli chrześcijanie zamieszkujący Brytanię i Irlandię. Chrześcijańska wersja krzyża celtyckiego została trochę zmodyfikowana — ma wystające poza okrąg wszystkie ramiona i bardziej wydłużone dolne ramię stanowiące podstawę, dzięki czemu przypomina w większym stopniu klasyczny krzyż chrześcijański (łaciński).»
Czekam z niecierpliwoscia na kolejne reportarze!!! :D
5 AC | 2010-04-20 20:52
Kiedy już wyciągniesz go i napstrykasz trochę zdjęć — wyślij linka do mnie. Z chęcią obejrzę. Swoją drogą polecam owe zajęcie: dzięki niemu otworzyłem dla siebie cały nowy nieznany mi wcześniej świat. A teraz już nie wyobrażam życia bez podróży.
4 Marta | 2010-04-20 19:59
Zawsze po objerzeniu twoich reportarzy mam ochotę wyciągnąć z szuflady aparat i jechać pstrykać zdjęcia.:)
3 DrAg | 2010-04-20 15:56
A może pogoda w połączeniu z możliwością przemyśleń w towarzystwie Nela dała piorunujący efekt sanatorium:-)
2 AC | 2010-04-20 10:09
Pogoda była wręcz doskonała: słońce, bardzo słaby wiaterek, nie za gorąco i nie za zimno :) Może dlatego miałem wrażenie, że jestem w sanatorium?
1 Daro | 2010-04-20 09:40
Widze ze pogoda dopisywala — fajny reportaz