Pierwszego dnia pobytu w Stockholmie poznałem 3 osoby (kobietę i dwójkę mężczyzn). Wszyscy pochodzą z Białorusi. Jeden to starszy facet około 50-ki, pracuje na budowie, drugi młody — ma dopiero 19 lat i jest w Szwecji od 3 miesięcy i kobieta, trochę ponad 40 lat, sprzątaczka.
Ci starsi mają już swoje przeżycia, lepsze, ale częściej gorsze doświadczenia, rozwalone małżeństwa, oraz w miarę ułożone życie w Stockholmie. Młodszy chłopak dopiero próbuje odnaleźć siebie w obcym kraju. Jednak wszyscy oni mają jedną cechę: każdy z nich chciał, żebym go wysłuchał. Wysłuchał z grubsza skrócony życiorys, esencję z własnych doświadczeń oraz zdania na temat życia za granicą.
Więc w ciągu całego wieczora powiedziałem zaledwie kilkanaście zdań. Ciekawe, że nikt z nich nie zwrócił uwagę na to, że mam większe od nich doświadczenie: przecież 9 lat temu przyjechałem do Polski, będąc takim samym emigrantem.
Przypomniałem sobie ostatnie spotkania z polakami w Londynie. Teraz sobie uświadomiłem, że też słuchałem tam każdego, prawie nic nie mówiąc o własnej osobie. Też dowiedziałem się o porzuconych rodzinach, dzieciach czekających na rodziców, stracone lata nauki i pracy, oszustwach biznesowych, zawodach miłosnych itd.
Chęć wypowiedzenia się, wyrzucenia z siebie całej fali przemyśleń życiowych, doświadczeń nieznanych wcześniej jest choroba zawodowa emigrantów? Swoistą reakcją na samotność?
Skomentuj notatkę (komentarzy: 1)